Nagrania z powodzi w Tybecie nie są pokazywane w Chinach

Podpis wideo, Uwaga: niepokojące treści. Wideo bez dźwięku.Nagranie pokazuje skalę gwałtownej powodzi na granicy Nepalu i Tybetu
    • Autor, Laura Bicker
    • Stanowisko, Korespondentka w Chinach
    • Relacja z, Pekin
  • Data publikacji
  • Czas czytania: 5 min

Tego dramatycznego nagrania praktycznie nie dało się przegapić.

Potężna fala wody przetoczyła się przez port Gyirong, jedno z głównych przejść granicznych między Nepalem a Tybetem, porywając wszystko na swojej drodze. Setki ludzi uciekały, walcząc o życie.

Sceny zarejestrowane przez kamery monitoringu szybko obiegły media społecznościowe i ekrany telewizorów na całym świecie.

Z wyjątkiem Chin.

Jak dotąd główny państwowy serwis informacyjny kraju wyemitował tylko jedno nieruchome ujęcie.

Nagranie trudno znaleźć także w chińskim internecie, który podlega ścisłej kontroli władz. Równie trudno natrafić na posty opisujące gwałtowną powódź, która od środy pochłonęła setki ofiar. Los kolejnych setek osób pozostaje nieznany.

Pekin rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę operację ratunkową, w którą zaangażowane są setki służb ratowniczych. Akcja ta jest kontynuowana, a prezydent Xi Jinping przewodniczył nadzwyczajnemu spotkaniu z urzędnikami w celu skoordynowania działań.

Jednak porównując zawartość chińskiego internetu z tym, co przez ostatnie dni oglądała reszta świata, wyraźnie widać działanie Wielkiej Zapory Sieciowej.

Tybet, który Chiny przejęły w latach 50. XX wieku, przez długi czas sprzeciwiał się rządom Komunistycznej Partii Chin.

Chiny przez lata tłumiły protesty, niekiedy brutalnie, i były oskarżane o poważne naruszenia praw człowieka w tym regionie. Nazwały też wygnanego przywódcę duchowego Tybetańczyków, Dalajlamę, separatystą.

Ta historia sprawia, że sama nazwa „Tybet” przyciąga chińskich cenzorów. To właśnie w takich momentach wyraźnie widać wrażliwość Pekinu na kwestie związane z Tybetem.

Codziennie pojawiają się informacje o osobach zaginionych i zabitych. Pekin publikuje także informacje o akcjach ratunkowych i zagrożeniach, jakie stwarza jezioro zaporowe, któremu grozi przepełnienie.

W sobotę chińskie media państwowe opublikowały nowe nagranie, na którym widać ekipy ratunkowe przeszukujące teren pełen błota i kamieni, nawołujące do osób uwięzionych pod gruzami.

Poza tym wiadomo jednak niewiele. Jak dotąd nie pojawiły się relacje ocalałych Tybetańczyków, a w internecie niemal nie ma nagrań pokazujących sam moment katastrofy lub jej bezpośrednie skutki.

Nie otrzymaliśmy też jeszcze żadnych informacji od zaniepokojonych rodzin osób zaginionych. Kontakt z mieszkańcami tego regionu jest bardzo trudny nawet w normalnych warunkach.

Jako dziennikarka relacjonująca wydarzenia w Korei Północnej często łatwiej było mi skontaktować się z rozmówcami w Pjongjangu niż w tybetańskiej stolicy, Lhasie.

Monitoring pokazuje ludzi uciekających przed błotem i wodą niszczącymi budynki w Gyirong w Tybecie.

Źródło zdjęcia, Reuters

W czwartek wieczorem, gdy nagłówki światowych mediów donosiły o zniszczeniach w himalajskiej dolinie, chiński nadawca publiczny rozpoczął swój główny program informacyjny wiadomością o premierze nowej książki Xi, zawierającej jego „najważniejsze i najbardziej fundamentalne dzieła".

Zagraniczni dziennikarze nie mogą podróżować do Tybetu bez zgody władz. W przypadku tak dużych wydarzeń mamy zaledwie kilka godzin, by zebrać informacje, zanim nagrania znikną z internetu, a głosy świadków zostaną uciszone.

Zamiast tego musimy polegać na państwowych mediach, które do tej pory skupiały się na niezwykle dramatycznych akcjach ratunkowych.

Specjalistyczne ekipy poszukiwawcze wspinały się na góry i urwiska lub przeprawiały się przez rwące rzeki, próbując dotrzeć do najbardziej dotkniętych obszarów. Nie wiemy jeszcze, co wydarzyło się później ani kogo udało się uratować.

Nie oznacza to, że Pekin nie jest zaniepokojony. Wręcz przeciwnie.

Premier Chin Li Qiang został natychmiast wysłany w ten region, gdzie obserwowano go podczas inspekcji prac związanych z usuwaniem gruzu. Tak szybka wizyta drugiej najważniejszej osoby w państwie po dużej katastrofie należy do rzadkości.

Powodem reakcji, którą część świata może uznać za stonowaną, jest chęć ochrony tego, co Xi Jinping uważa za kluczowe dla kraju: stabilności.

Komunistyczne władze obawiają się, że katastrofa mogłaby wywołać niezadowolenie społeczne, zarówno z powodu samej reakcji służb, jak i ewentualnego braku odpowiednich działań zapobiegawczych.

Mogą też obawiać się, że tragedia stanie się czynnikiem mobilizującym lokalną społeczność, zwłaszcza w regionie, w którym religia od dawna odgrywa ważną rolę.

Choć w Tybecie od lat nie dochodziło do większych protestów, tybetańskie organizacje działające za granicą wyrażają obawy związane z rosnącą kontrolą Chin nad regionem. Wskazują między innymi na nowe przepisy dotyczące edukacji, które ich zdaniem mają ograniczyć rolę klasztorów i buddyzmu.

Ratownicy działający w Xigaze w Tybecie po niszczycielskiej powodzi i osuwiskach

Źródło zdjęcia, Gongga Laisong/China News Service/VCG via Getty Images

Już kilka godzin po katastrofie machina Komunistycznej Partii Chin próbowała zmobilizować swoich ludzi, aby powstrzymać wszelkie oznaki niezadowolenia ze sposobu, w jaki poradziła sobie z osuwiskiem.

Lokalne biuro partii wysłało zawiadomienie, w którym wezwano członków do pomocy w usuwaniu skutków klęsk żywiołowych w ich regionie oraz do zapewnienia wsparcia emocjonalnego i psychologicznego poszkodowanym mieszkańcom.

Kluczowy fragment nakazuje im „dołożyć wszelkich starań, aby utrzymać porządek społeczny oraz zapewnić stabilność i zaufanie publiczne na obszarach dotkniętych katastrofą”. Ci, którzy wykonują swoje zadania dobrze, zostaną nagrodzeni – a ci, którzy wykonują je źle, „poniosą odpowiedzialność”.

To ostrzeżenie, którego nie należy lekceważyć. Według obrońców praw człowieka Tybetańczycy w regionie mogą zostać zatrzymani lub aresztowani za rozmowę z dziennikarzami lub opublikowanie w internecie czegokolwiek, co zostanie uznane za sprzeczne z narracją rządu.

Utrudnia to Tybetańczykom mieszkającym poza regionem dowiadywanie się, co stało się z ich krewnymi.

Międzynarodowa Kampania na rzecz Tybetu, chwaląc pracę służb ratunkowych w regionie, poinformowała, że Pekin usuwał nagrania wideo i inne informacje z pierwszej ręki z mediów społecznościowych. Wezwała chińskie władze do „ujawnienia pełnych i możliwych do zweryfikowania informacji o zniszczeniach i ofiarach”.

Próbując lepiej zrozumieć życie Tybetańczyków, BBC odwiedziło w ubiegłym roku miasto położone na skraju Himalajów, tuż za granicami obszaru nazywanego przez Chiny Tybetańskim Regionem Autonomicznym.

Tam rozmawialiśmy z mnichami z klasztoru Kirti w prefekturze Ngawa, która niegdyś stanowiła centrum oporu wobec Pekinu. „Nam, Tybetańczykom, odmawia się podstawowych praw człowieka," powiedział nam jeden z mnichów.

Nasi rozmówcy twierdzili, że żyją pod stałą obserwacją i że chińskie władze ograniczają prawa oraz swobody Tybetańczyków. Rozmowy były krótkie, ponieważ dłuższy kontakt z mieszkańcami mógł zwrócić uwagę władz.

Pekin zaprzecza, jakoby naruszał prawa Tybetańczyków, i wskazuje na duże inwestycje, jakich dokonał w regionie, aby pobudzić turystykę i zintegrować go z resztą kraju.

Mimo to mieszkańcy Chin prawdopodobnie wiedzą niewiele o tym, co obecnie dzieje się w Tybecie.

Ten tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu zostały użyte narzędzia AI, jako część projektu pilotażowego.

Opracowanie: Nicole Frydrych